Długo nie umiałam stanąć na rękach. Kiedy wreszcie udało mi się zapanować na tą pozycją i wejście do niej przestało być kwestią przypadku, zrozumiałam, jak bardzo nieprawdziwe były wszystkie moje wyobrażenia na temat tej pozycji.

Jak wygląda stanie na rękach na lekcji jogi? Ta scenka rozgrywa się pewnie we wszystkich szkołach jogi na świecie. Gdzieś w połowie zajęć (a w przypadku zajęć dla bardziej zaawansowanych nawet całkiem na początku) nauczyciel podaje instrukcję: „Adho Mukha Vrksasana”. I dla mniej zorientowanych dopowiada: „Stanie na rękach”.

Część osób w grupie pewnym krokiem podchodzi do ścian. Najpierw pies z głową w dół, potem przeniesienie ciężaru na ręce, podrzucenie jednej, potem drugiej nogi do góry i już. Już stoją. Wygodnie i bezwysiłkowo.

Ci, którzy tej łatwości nie mają, przez te kilka chwil jedynie wyrzucają nogi do góry, mając nadzieję, że jakiś magnes w końcu przyciągnie ich nogi do ściany, a ręce cudem utrzymają ciężar ciała. Stopy i łydki furkoczą w powietrzu, ale droga do pionu szybko się kończy. Grawitacja zwycięża.

Jest jeszcze trzecia grupa – tych, którzy z godnością uznają swój brak gotowości i cierpliwie robią wariant przygotowawczy. Dłonie na podłodze, stopy na ścianie, ciało pod kątem prostym. Bardzo męczące.

W środkowej grupie kiblowałam przez dobre pięć lat. Na hasło „Adho Mukha Vrksasana” mogłam tylko bezradnie podrzucać nogami. Przewracałam się, bo znosiło mnie gdzieś na bok. Próbowałam raz jeszcze, drugą nogą, ale tylko dla formalności, bo kolejne razy niczym nie różniły się od poprzednich. W końcu tych kilka chwil upokorzenia dobiegało końca. Z ust nauczyciela padało litościwe „Wystarczy”. Można było wrócić na swoje miejsce, po raz kolejny wygłosić odwieczną mantrę: „MAM ZA SŁABE RĘCE” i poczuć się usprawiedliwioną.

To nie było też tak, że w ogóle nie stałam na rękach. Jeśli akurat pracowaliśmy w parach, albo kiedy poprosiłam o asystę, zawsze znalazł się ktoś, kto pomógł mi wejść do pozycji. Ale samodzielne wejście do stania na rękach było poza zasięgiem.

Któregoś dnia na Facebooku wyświetlił mi się artykuł o tym, co uniemożliwia nam stanie na rękach. To nie był zbyt profesjonalny artykuł – jeden z tych, jakich wiele ukazuje się na popularnych, międzynarodowych jogowych portalach z poradnikami w stylu „10 pozycji na depresję”. Ale przeczytałam w nim zdanie, które wtedy zadźwięczało mi w głowie: „Co jeśli niemożność stania na rękach jest sygnałem, że masz jeszcze coś do przepracowania w obszarze zaufania do siebie?”. Z pewnością miałam w tej kwestii dużo do wyjaśnienia z samą sobą. I po raz pierwszy zaczęłam się zastanawiać, że może nie o moje słabe ręce tutaj chodzi, a przynajmniej nie tylko. I przypomniałam sobie, kiedy w ogóle po raz pierwszy stanęłam na rękach. Moje pierwsze jogowe wakacje w Sopatowcu.

 

„Stoję!”

Lato 2012. Warsztaty z Romkiem Grzeszykowskim. Ćwiczę w grupie średnio-zaawansowanej, bo w końcu mam już za sobą kilka miesięcy praktyki. To jednak „nic nie znaczy” i „o niczym nie świadczy”, jak śpierwa Łona**. Jestem słaba, poharatana i na antydepresantach. Dopiero za niecałe dwa tygodnie w Sopatowcu wydarzy się coś, co rozpocznie mój proces zdrowienia, ale to zupełnie inna historia i raczej nie odważę się napisać o niej publicznie. Na razie jest drugi, może trzeci dzień warsztatów, kiedy na porannych zajęciach słyszymy: „Adho Mukha Vrksasana, stanie na rękach”.

Zamierzam zrobić ten bezpieczny, ratujący godność wariant przygotowawczy, ale Romek mówi: „Stań na rękach”. Z Romkiem się nie dyskutuje. Odwracam się więc do psa z głową w dół, bezradnie podskakuję i… zanim zorientuję się, co się dzieje i zanim piskliwym głosem skończę zdanie: „Ale ja nie stoję na rękach!”, Romek szybko ustawia mnie w pozycji i odchodzi śmiejąc się: „Przecież stoisz!”. Faktycznie. Pod piętami czułam nierówne, stare deski – ścianę sopatowskiej stodoły. Dłonie dźwigały ciężar ciała, którego przecież nie miały prawa unieść. Było dziwnie lekko i ciężko jednocześnie. Stoję na rękach, naprawdę!

To wspomnienie potraktowałam jak poszlakę wskazującą na to, że stanie na rękach to coś więcej niż mocne ręce. Że może mieć coś wspólnego z emocjami, a jeszcze bardziej z wewnętrznym wyobrażeniem samej siebie i swoich możliwości.

Świadomość, że stanie na rękach JEST w moim zasięgu, ale nie umiem dojść do tego momentu samodzielnie, była frustrująca i… dająca nadzieję jednocześnie. Męczyłam się z nią i z pozycją jeszcze przez cztery lata.

 

Przełom

Latem 2016 jestem po pamiętnej wyprawie na Gran Canarię, o której pisałam TUTAJ. Po raz pierwszy czuję taką lekkość i świetlistość. Po raz pierwszy mam tak bardzo brązową skórę i tyle piegów na ramionach, że niektóre zostały aż do dziś. W sercu mam już wyklarowaną decyzję: będę uczyć jogi.

Dzień, w którym po raz pierwszy sama stanęłam na rękach pamiętam bardzo dobrze. Jest 1 lipca 2016. Tego dnia, ale pięć lat wcześniej, spakowałam kilka najważniejszych walizek w życiu. Zostawiłam dom, męża i stabilizację.

Od tamtej pory minęło równe pięć lat życia na pogorzelisku i pięć lat wznoszenia nowych fundamentów. Pięć lat trudnych przeobrażeń i zmian. Pięć lat szalonych miłości, głębokich ran i tańców do rana. Pięć lat czyśćca.

Wszystko to zamknęłam za sobą tego upalnego, lipcowego wieczora. Nagle znalazłam w sobie pewność i lekkość. Nagle przełamałam siłę grawitacji. Nagle i nieoczekiwanie stanęłam na rękach sama, bez niczyjej pomocy!

Wiedziałam, że ma to związek z decyzją o uczeniu i z odnalezieniem swojej ścieżki. Zawsze wiem, kiedy podejmuję dobrą decyzję, bo odczucia płynące wtedy z ciała są bezdyskusyjne. Napięte miejsca stają się miękkie, skóra na twarzy się wygładza, ruchy stają się pewniejsze i swobodniejsze. Ciało to mój najcenniejszy barometr i tym razem jego reakcja nie pozostawiała złudzeń. Decyzję o uczeniu przyjęło z radością, z ulgą, z entuzjazmem. Tak bardzo, że nareszcie pozwoliło mi przekroczyć największą słabość.

Stałam na rękach i nie zważając na innych krzyczałam z radości. Całym ciałem czułam, jak zamyka się tamto i jak otwiera się nowy etap.

Tylko że to wcale nie był koniec zmagań. Szybko okazało się, że nie tak łatwo jest powtórzyć tamten efekt. Ponowne stanie na rękach udawało się tylko czasem, częściej jednak wracałam do starego schematu. Za każdym razem kiedy znów spadałam w dół, z niedowierzaniem pytałam siebie: ALE JAK TO?

Znów obwiniałam swoje ręce i barki. Marzyłam o tamtej lipcowej lekkości, która z czasem gdzieś się ulotniła. Czułam się jak wojownik, który już miał w ręku miecz, ale okazał się zbyt słaby, żeby go utrzymać.

Po nowe

Aż dwa lata zajęło mi dotarcie do momentu, w którym jestem teraz. Tj. do momentu, w którym stanie na rękach jest osiągalne tak, jak – no nie wiem – pies z głową w dół?

W ciągu tych dwóch lat żarliwie przygotowywałam się do uczenia i do pierwszej poważnej konfrontacji przed komisją, która podczas wewnętrznego egzaminu miała zweryfikować mój potencjał do bycia nauczycielem jogi.

Pół roku przed egzaminem przeprowadzałam wiele rozmów z Kasią Pilorz – moją nauczycielką, która odbywała superwizje na moich pierwszych, samodzielnie prowadzonych lekcjach. Oprócz feedbacku z uczenia, regularnie przypominała o bezwzględnym pilnowaniu mojej własnej praktyki. „Dużo pozycji stojących! Codziennie!” – powtarzała za każdym razem, a ja wiedziałam, że ma rację.

Pozycje stojące, pierwsze pozycje, których uczymy się na jodze, obnażały mój największy brak: słabość mięśni. Duża elastyczność w jodze to za mało. Potrzebowałam zbudować siłę, a w pierwszej kolejności siłę nóg. To mocne nogi dają poczucie ugruntowania, równowagi i stabilności, nawet w najbardziej niestabilnych pozycjach.

Przez pół roku codziennie wstałam o szóstej, czasem o piątej. Po to, żeby bez zastanawiania się i bez dyskutowania z samą sobą rozwinąć matę i zacząć praktykę. Każdą zaczynałam od pozycji stojących. Od wzmacniania nóg. Najpierw pół minuty na pozycję. Potem minuta – tyle właśnie wymaga się na egzaminie. Bałam się, że to zbyt niska poprzeczka, żeby zagwarantować sobie zdany egzamin, więc od któregoś momentu odliczałam aż 30 długich oddechów w każdej pozycji i wiedziałam, że to co najmniej 1,5 minuty. Z takim przygotowaniem egzaminacyjna minuta powinna minąć z łatwością.

To, że coś radykalnie zmieniało się w ciele, odczułam po raz pierwszy w wygięciach. I przemknęło mi przez myśl, że mocniejsze nogi przydają się nie tylko w pozycjach stojących. A potem coraz częściej zaczęło wychodzić mi… stanie na rękach. Najpierw myślałam, że to przypadek. Przecież nie pracowałam specjalnie nad TĄ pozycją – na egzaminie nie była wymagana. Ale chwilę później przestało mi „wychodzić”. Ja ROBIŁAM stanie na rękach. Samodzielnie. Świadomie. Z pełną kontrolą nad ciałem.

I wtedy zrozumiałam, że kluczem do przekroczenia bariery strachu wcale nie były mocne ręce. To nogi były moją siłą napędową, również w staniu na rękach. To silne nogi musiały przeciąć powietrze i minąć krytyczny punkt, w którym grawitacja wcześniej ściągała je z powrotem. Żeby zrobić coś wbrew naturalnemu porządkowi, żeby odwrócić perspektywę, żeby nabrać lekkości, żeby stanąć na rękach – potrzebowałam mocno stanąć na nogach.

 

Drzewo

„Ta asana harmonijnie rozwija całe ciało. Wzmacnia barki, ramiona i nadgarstki, całkowicie rozszerza klatkę piersiową” – tak o staniu na rękach pisze BKS Iyengar w „Świetle jogi”. Dość lakonicznie. Rozgryzając tę asanę zwróciłabym raczej uwagę na jej sanskrycką nazwę. „Adho Mukha Vrksasana” nie oznacza w dosłownym tłumaczeniu „stania na rękach”. Tłumaczy się ją jako „drzewo z głową do dołu”.

Sama „Vrksasana” to jedna z prostszych pozycji w jodze, „wzmacnia mięśnie nóg oraz daje poczucie fizycznej i psychicznej równowagi” – pisze Iyengar.

Drzewo odwrócone do góry nogami to nadal „Vrksa”, nadal drzewo. Odwrócone, ale nadal z mocnym pniem. Nawet gwałtownie wyrwane i postawione korzeniami do góry – nadal jest drzewem. Nie traci tak szybko swojej mocy. Im mocniejsze i stabilniejsze na co dzień, tym mocniejsze i stabilniejsze, gdy wywraca się świat.

 

 

*Artykuł nie ma charakteru poradnikowego ani instruktażowego. Ma być inspiracją i skłonić Cię do przemyśleń o relacji ciała i umysłu. 🙂

**Cytat z Łony, wsłuchaj się, bo przesłanie jogiczne całkiem:
https://www.youtube.com/watch?v=_6HCOgTc5r4