To zdjęcie jest sprzed czterech lat. Maj 2016. Jest częścią historii pt. „Jak to się stało, że zostałam nauczycielką jogi”, a dla tych, którzy znają mnie dłużej dopowiadam drugą część tytułu: „mimo że miałam świetnie prosperującą markę jako Pani od PR i byłam taaaką spełnioną osobą”.

Tym wpisem chciałabym dać się trochę lepiej poznać tym z Was, z którymi znam się od niedawna i którzy znają mnie wyłącznie z maty. Ale nie tylko. W internetowym światku byłam (w jakimś tam stopniu) znana już wcześniej i kojarzona z zupełnie inną działalnością. Od 2013 roku byłam Panią od PR (tak nazywała się moja marka), byłam autorką warsztatów, a potem kursu on-line „Małe Biznesy w Dużych Mediach”. Prowadziłam konsultacje i uczyłam, jak zainteresować sobą media i dziennikarzy. Wiele osób pamięta tamten okres i wiem, jak dużym zaskoczeniem było zamknięcie przeze mnie tamtej działalności, usunięcie strony, skasowanie drogocennych list mailingowych. Do tej pory ktoś jeszcze czasem pyta mnie, co to za historia, dlaczego i jak to się stało?

Jako „Pani od PR” odnosiłam tak zwane sukcesy. Nie martwiłam się o klientów i nigdy ich nie szukałam. Na moją skrzynkę regularnie spływały zapytania o współpracę i prośby o konsultacje. Wiosną 2016 r., czyli gdy powstało to zdjęcie, spijałam właśnie tłustą śmietankę będącą efektem trzech lat budowania swojej marki. Obsługiwałam klientów z Anglii i z Rosji. Cały czas udzielałam konsultacji. I coraz bardziej nienawidziłam swojej pracy.

Maska

Zróbmy teraz energiczny skok w tył, jak w Powitaniu Słońca. Moje wejście na ścieżkę PR-ową to temat na inną historię, w dodatku niezbyt ciekawą i nie będę jej tu szczególnie rozwijać. Ale chcę podkreślić, że wybór tego zawodu był małżeństwem z rozsądku, a nie z miłości. Tak się dzieje, kiedy nie wierzysz, że zasługujesz na satysfakcjonujące życie czy spełnioną miłość, więc trzeba brać, co się trafia. Czasem mówię, że mam za sobą dwa małżeństwa z rozsądku – jedno w sensie dosłownym, a drugie w sensie zawodowym. Dziś wiem, że wyplątanie się z obydwu zajmuje i czas, i energię, i nie jest możliwe bez gruntownej zmiany świadomości.

„Panią od PR” zostałam dzięki Latającej Szkole Agaty Dutkowskiej – wspaniałej i ciągle mnie inspirującej akuszerce wielu małych biznesów. Już wtedy, w 2013 roku, szukałam na siebie innego pomysłu, niż praca w agencji PR, ale na niczym innym się nie znałam. Joga była w moim życiu dopiero od dwóch lat i moja myśl nawet nie musnęła wizji mnie samej jako nauczycielki jogi. Widziałam, jak ogromną wiedzę i doświadczenie miały moje nauczycielki i nie odważyłabym się pretendować do tego, żeby być jako one. Znałam swoje miejsce.

Kreacja pt. „Pani od PR” była sprytna i przekonująca tak bardzo, że sama w nią uwierzyłam. Zamiast pracy dla korporacyjnych klientów i branż, które kłóciły się z moim moralnym kręgosłupem, zaczełam pracować dla małych biznesów powstających prosto z serca i autentycznych pasji. Wtedy naprawdę chciałam to robić. „Pani od PR” nadawała mi wreszcie jakiś zewnętrzny kształt i tożsamość. Była idealną maską, którą nakładałam sobie przed wyjściem z domu, na konsultacje, warsztaty i konferencje i to nic, że po powrocie do domu i ściągnięciu maski rozsypywałam się z powrotem. W tamtym czasie, kiedy dopiero zaczynałam swoją terapię i powolne wychodzenie z depresji, było mi to potrzebne.

Skok do przodu i znów jesteśmy w 2016. Mam 35 lat, za sobą terapię i wyplątanie się z toksycznych relacji. Jestem w nowym mieszkaniu i nowym związku. Mam świetnych klientów. I poczucie, że oszukuję. Ale nie chodzi tu o „impostor syndrome”, syndrom oszusta. Oszukuję, bo już wiem, że nie jestem żadną „Panią od PR”. Uzmysławiam sobie, że dotychczasowa maska to teraz zaschnięta skorupa, która odcina mi dopływ powietrza. Duszę się, ale… nie mam dla siebie żadnej innej maski, żadnej nowej tożsamości. Nadal nie umiem robić nic innego poza doradzeniem ludziom, jak mogą dostać się do mediów – zajęciem, którego miałkość zawstydza mnie coraz bardziej.

Obsesyjnie i na siłę szukam dla siebie pomysłu na inne życie. Co innego mogłabym robić? Kim być? Z tymi pytaniami codziennie budzę się i zasypiam.

I tak, zmęczona poszukiwaniem odpowiedzi, kupuję któregoś dnia bilet na samolot do ciepłych krajów. Ja, spokojna ajurwedyjska Kapha, z dnia na dzień, decyduję się odwiedzić Magdę Bębenek – podróżniczkę, którą poznałam kilka miesięcy wcześniej, którą widziałam tylko dwa razy i o której niewiele wiem. Ale imponuje mi jej energia, bezpośredniość i pewność siebie. Chcę wziąć sobie od niej trochę tego wszystkiego i po 10 dniach wrócić do Polski z nowym pomysłem życiem. Jechałam wymyślić siebie na nowo. Musiało się udać!

„Odpieprzyć się od siebie…”

Na Gran Canarii przemieszczałyśmy się od hostelu do hostelu. Przy żywiołowości i spontaniczności Magdy jeszcze mocniej czułam ciężar swojego kryzysu. Obserwowałam jej luz i płynność ruchów kontrastujący z moją lękliwością, ale… poddawałam się temu. Palące słońce rozmiękczające skórę i mięśnie było moim sprzymierzeńcem.

Magda opowiadała mi o swoim zaangażowaniu w ekologiczne projekty. Otwierała mi oczy na sprawy i powiązania o których nie miałam pojęcia. Zawoziła mnie do lokalnych rolników, od których kupowałyśmy jedzenie. Przyrządzałyśmy proste posiłki i opowiadałyśmy swoje historie. Z perspektywy czasu widzę, jak były one podobne. Ja opowiadałam o braku tożsamości i wizerunkowym oszustwie. Magda – o swoim kryzysie po wydaniu dwóch popularnych książek „Polka potrafi” i poczuciu, że wciska ludziom przereklamowany rozwój osobisty. Śmiałyśmy się z głośnego wtedy cytatu profesora Osiatyńskiego: „Wstać rano, zrobić przedziałek, odpieprzyć się od siebie”. Magda dodawała: „…i zrobić coś dobrego dla świata”.

W połowie pobytu wylądowałyśmy na zupełnym pustkowiu. Z tarasu pustego hostelu, w którym się zatrzymałyśmy, widać było tylko góry, ocean i bananowce. I kawałek drogi, którą przejeżdżały może trzy auta dziennie. Dzień, w którym wszystko przestawiło mi się w głowie nie różnił się niczym od pozostałych. Siedziałam na tarasie patrząc z podziwem na skaliste góry, kiedy nagle… spontanicznie zaśmiałam się z samej siebie. Rozterki, z którymi przyjechałam, zobaczyłam w szerszym kontekście.

Otaczała mnie najczystsza i surowa natura. Na wyciągnięcie ręki miałam niebotyczne skały, bezkresny ocean, a ja pośrodku tego wszystkiego cierpiałam z braku… kolejnej maski. W tej jednej chwili udało mi się zrobić ważną rzecz: oddalić obiektyw od samej siebie. W jednym momencie przestałam rozumieć, dlaczego tak bardzo zależało mi na jakiejkolwiek nowej tożsamości i nowym „wizerunku”. Nagle przestałam rozumieć, czemu szukam na zewnątrz, skoro czuję się szczęśliwa siedząc na pustkowiu półnaga i bez makijażu, doświadczając samej siebie w absolutnej jedności z otoczeniem. Doświadczając siebie bez maski i właśnie dlatego będąc tak bardzo sobą.

To, czego zapragnęłam najbardziej to POZBYCIE się wszelkich masek i wszelkich form. Tak bardzo, że w tamtym momencie spontanicznie pozbyłam się nawet sztywnego stanika od kostiumu kąpielowego. Potrzeba uwolnienia umysłu zamanifestowała się w ciele. Ściągnięcie stanika, choć równie dobrze mogła to być garsonka, niewygodne szpilki czy sztywne spodnie, niczego mnie nie pozbawiło, a jedynie pozwoliło mocniej odczuć moje ciało i samą siebie. Symbolicznie ściągnęłam z siebie wszystkie maski, jakie nosiłam do tej pory i wszystkie maski, jakie usiłowałam sobie przyprawić. Nie rozsypałam się i nie straciłam kształtu. Intensywnie czułam swoje ciało, naturalny kształt, naturalny przebieg oddechu, autentyczne „ja”. Bez masek i form.

W moich notatkach z tamtego dnia mam taki cytat, niestety bez źródła: Co jeśli właściwym pytaniem nie jest „Dlaczego tak rzadko jestem osobą, którą chcę być?”, lecz „Dlaczego tak rzadko chcę być osobą, którą naprawdę jestem?”. I jest to najlepsze podsumowanie tego, co wtedy przeskoczyło w mojej głowie i moim ciele. Przeczytać taką historię i takie zdanie to jedno. Poczuć ten kwantowy skok w swoim ciele – to zupełnie inna jakość.

Ten dzień zmienił we mnie wszystko. I, nie, to nie był ten moment, w którym odkryłam, że chcę uczyć jogi. To był moment, w którym odkryłam, że mam w dupie to, czy znajdę na siebie nowy pomysł i to był moment, w którym po prostu przestałam się tym zajmować.

Nareszcie mogłam nacieszyć się Gran Canarią. Cieszyć się oceanem, chłodem jaskiń w górach, dźwiękami cykad i smakiem guacamole. W ostatnim hostelu, do których dojechałyśmy przed moim powrotem do Polski, poznałam Andy’ego – Anglika, który jako wolontariusz opiekował się hostelem. Kiedy kilka tygodni później odwiedził mnie w Krakowie, powiedział: „Wyglądałaś na taką szczęśliwa, kiedy przyjechałaś do El Warung!”. A wystarczyło jedynie odpieprzyć się od siebie…

Chcę uczyć jogi

Wizja uczenia jogi przyszła kilka tygodni później, już w Polsce i w innych okolicznościach, ale w nadal miękkim, rozluźnionym ciele i w bardzo spokojnej głowie. Pojawiła się z potrzeby utrzymania tego stanu i z jeszcze większej potrzeby dzielenia się tym z innymi ludźmi. Z potrzeby mówienia: „Ludzie, nie potrzebujecie masek, wizerunków i sztywnych gorsetów!” Z potrzeby pytania: „Dlaczego tak rzadko chcesz być osobą, którą naprawdę jesteś?”.

Krótko potem napisałam o tym mojej nauczycielce, a jesienią zaczęłam asystować na kursach jogi dla początkujących. Rozpoczął się kolejny, długi etap. Wcale nie łatwiejszy i który chyba nadaje się na odrębną historię.